hotele we wrocławiu -
McGonagall, obracając się by patrzeć mu w twarz z doskonałą nieczułością w stosunku do kłopotów Carrowów
- Jeśli Ten-Którego-Imienia-Nie-Wolno-Wymawiać naprawdę wie że jesteś tutaj- gdy to powiedziała gniew będący jak fizyczny ból buchnął w Harrym, pozostawiając jego Bliznę w ogniu. Przez parę sekund patrzył w dół na miednicę której mikstura stała się czysta i zobaczył że żaden złoty medalion nie jest złożony na dnie misy…
- Potter, nic ci nie jest?- powiedział głos i Harry powrócił. Trzymał ramie Luny by sam mógł ustać- Czas ucieka, Voldemort się zbliża, profesor, działam na rozkaz Dumbledora. Musze znaleźć co chciał żebym znalazł.
Ale musimy wyprowadzić uczniów na zewnątrz podczas gdy ja będę przeszukiwał zamek- To mnie chce Voldemort, ale nie będzie się przejmował zabiciem kilku więcej lub mniej, nie teraz- nie teraz kiedy wie że atakuję Horcruxy- Harry dokończył zdanie w swojej głowie.
-Działasz na rozkaz Dumbledora? odpowiedziała zaskoczona. Następnie powstała na nogi.
-Musimy zabezpieczyć szkołę kiedy ty będziesz szukać "TEGO" przeciw sam-wiesz-komu.
-Czy to możliwe?
-Tak myślę powiedziała profesor McGonagall wyraźnie. My nauczyciele jestesmy raczej dobzi we władaniu magią. Jestem pewna, że będziemy w stanie powstrzymać go na chwilę, jeśli damy z siebie wszystko. Oczywiście trzeba coś zrobić z profesorem
Snape.
-Pozwól mi...
.... Jeśli Hogwart naprawdę stoi przed możliwością odwiedzenia go przez Czarnego Pana w rzeczy samej powinniśmy wydostać jak najwięcej niewinnych z jego drogi. Kiedy sieć fiou jest pod obserwacją, a aportacja niemożliwa.
-Jest wyjście. rzucił szybko Harry, następnie wyjaśnił gdzie jest wejscie, i że prowadzi do świńskiego łba.
-Potter mówimy o setkach uczniów!
-Wiem pani Profesor, ale jeśli Voldemort i śmierciorzercy koncentrują sie na szkole nikt nie zwróci uwagi na to co się dzieje w świńskim łbie.
- W tym cos jest- zgodziła się. Wycelowała swoją różdżke w Carrowsów a srebna sieć spadła na ich hotele
we wrocĹ‚awiu związane ciała, obwiązała się dookoła nich i wyciągnęła ich w powietrze, gdzie hustali sie poniżej niebiesko- złotego sklepienia jak dwie ogromne morskie stwory.
- Chodź musimy zaalarmowac pozostałych Opiekunów Domów. Lepiej załóż tę pelerynę z powrotem- przemarszowała przez drzwi i tak jak zwykle to robi trzymała różdżkę. Z końca różdżki wyskoczyły trzy koty, wokół oczu miały spektakularne łaty. Gdy profesor, Harry i Luna spieszyli w dół patronusy gładko pomknęły naprzód, wypełniając klatkę schodowa srebrnym światłem. Ścigały Sie przez korytarze i jeden po drugim opuściły ich. Kraciasta podomka profesor McGonagall szeleściła omiatając schody, a Harry i Luna biegli
za nią pod peleryna-niewidka. Ominęli nastepne dwa piętra kolejna porcja ciszy dołączyła do nich. Harry, którego blizna wciąż mrowiła, usłyszał to pierwszy. Chciał sięgnąć do woreczka zawieszonego na jego szyi by siegnąć po mape huncwotów, ale zanim zdążył to uczynić, profesor McGonagall była już świadoma towarzystwa. Zatrzymała się uniosła i różdżke w gotowości na pojedynek – Kto tam?-
-To ja- powiedział głęboki głos. Zza pancernej zbroi wyłonił się Severus Snape. Nienawiść zagotowała Sie w Harrym na jego widok. Zapomniał już szczegółów z pojawienia się Snapea w ogromie jego zbrodni, zapomniał że tłusta kurtyna czarnych włosów omiata jego twarz, a
czarne oczy maja śmiertelny, zimny wygląd. Snape nie nosił piżamy, był ubrany w jego zwyczajna czarną pelerynę, w ręce trzymał różdżkę i był gotowy do walki
- Gdzie są Carrows?- zapytał szybko.
- Spodziewam się że gdziekolwiek im kazałeś być- powiedziała profesor McGonagall. Snape podchodził bliżej filtrując powietrze wokół profesor McGonagall jakby wiedział że Harry Sie tam znajduje. Harry podniósł swoją różdżkę gotowy do ataku.
- Miałem wrażenie- powiedział Snape- że Alecto zatrzymała intruza
- Naprawdę?- powiedziała prof. McGonagall- czym spowodowane było to wrażenie?- Snape wykonał nieznaczny ruch w kierunku jego lewej reki, gdzie na jego skórze był wypalony
-
|